travelmatszczecin

Przejdź do treści

Menu główne:

TRANSLATOR


.....nie tylko "pracą rybak żyje"...


 .. w mesie...


...życie towarzyskie "kwitnie"...


  .. i Święta już blisko...















Morski Sarmata mi opowiadał  .....

........     i tak mi po wachcie, przy warcabach .., bosman i starzy zejmani historie opowiadali … a ja słuchałem..., i słuchałem. To wszystko było nowe. Inny marynarski świat i nie łatwo było odróżnić prawdę od „bajań” starych zejmanów. A prawdy tej o życiu w zamkniętym marynarskim świecie nie wyczytałeś w książkach, a i uczelnie nie dały tej wiedzy. Po prostu trzeba było być normalnym. Koleżeństwo a często i zawarte przyjaźnie przetrwały lata aż do dni dzisiejszych. Ale jak opowieści mogłyby płynąć jak „woda w kranie”, gdyby nie nasze „zajęcia w podgrupach” … i aby o „suchym gardle”, nie gadać to zawsze coś tam się znalazło. Zawsze popić było czym, bo chociaż te mocniejsze trunki się już dawno pokończyły to kawy, herbaty, soków … zawsze było dużo. Na „rybakach”, inaczej niż w „handlówce”, w tamtych czasach obowiązywały ilościowe norny żywnościowe. Nieraz mówiłem – na lądzie: nawet gdybyś mógł dostać te „wiktuały” na lądzie, to nie byłoby cię na nie stać. A jak by cię było stać, to byś ich nie dostał. I w tych pierwszych dniach pobytu na statku „żarcie” znikało z szybkością „torpedy”. Tu nikt ci niczego nie żałował. A normy żywnościowe wyliczone na dzień i matrosa „bogate” - jajka 2 szt., masło 6,5 dkg, mleko – 0,5 litra a jak maszyna to 0,5 l dodatkowo, mięso, soki, wino i tak można by wymieniać bez końca. Po dwóch tygodniach pobytu w morzu już to „żarcie” w takich ilościach nie „znikało” a idąc na nocne porcje do pentry, nieraz dochodziło - „cholera, znowu ta szynka albo polędwica”. Tu ludzie ciężko pracowali, a więc i żywili ich dobrze i „kuchnia” o nas dbała. Ochmistrz, (wtedy jeszcze tacy pływali), kucharz (często na pytanie – Jasiu, co dzisiaj?. Odpowiadał - „niespodzianka pana Janka”), młodszy kucharz, piekarz, (ach, jakie ten Kazio robił wypieki), dwóch stewardów załogowych, (bo jeden z nich to nocny) i steward oficerski. Dwie mesy – załogowa i oficerska. Wydaje się, że tych „kowali” w kuchni dużo, ale i pracy też im nie brakowało. Osiemdziesięciu ludzi, na których pokładzie trzeba było żywić i to dobrze. Bo po miesiącach w rejsie, szczególnie gdy ryba nie szła i pływało się za podwójną gwarancyjną, to najłatwiej było narzekać na kuchnię i proponować „kucharza na gorąco” lub „za burtę". Rano 7:30-8:30 śniadanie, a tu można było zobaczyć, jak szeroki repertuar z jajek można było zamawiać u stewardów: - na miękko, na twardo, luźne, ścięte, ze szczypiorkiem, na boczku, na szynce, w szklance ….. i dziesiątki innych jajecznych życzeń załogi. Zawsze zastanawiałem się, jak oni potrafią przyjąć taką różnorodność zamówień i szybko zrealizować je spełniając nasze życzenia. A my....., szybko zjeść..., i na 8:00 na wachtę. Cztery godziny wachty i 11:30-12:30 obiad. I często „niespodzianki Pana Janka”, bo to naprawdę prawdziwy „mistrz patelni” był. 15:00-16:00 podwieczorek, a więc zawsze coś na słodko i 17:00-18:00 kolacja zazwyczaj na „gorąco”. I tak „dzienna uczta” dobiegała do końca, a o 20:00 zaczynało się „nocne żarcie” (bo to zmiana wacht w maszynie i na mostku), o 22:00 w czasie połowów zmiana załogi połowowej na pokładzie, o północy zmiana wacht na mostku i w maszynie a o 2:00 zmiana na przetwórni. Nocny steward tylko uzupełniał zawartość lodówki w pentrze i szykował i donosił, donosił (nie, nie o tym, o czym myślisz), donosił nocne porcje. Ten powtarzający się „rytuał” powodował też dodatkowe spotkania, rozmowy i wymianę informacji wśród załogi. Bo zawsze ktoś tam zadzwonił przez radio do domu, a i na mostku można było w „Bierozce” posłuchać Radia Szczecin i „dla tych, co na morzu”. A wolno płynie „łajba stara” w „biodrach” się kołysze.....,

Zbyszek Mat
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego